Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono, Z obradnej sali idą do kaplicy, Najpierwszy komtur, wielcy urzędnicy, Kapłani, bracia i rycerzy grono. Nieszpornych modłów kapituła słucha I śpiewa hymny do Świętego Ducha.
HYMN
Duchu, światło boże! Gołąbko Syjonu! Dziś chrześcijański świat, ziemne podnoże Twojego tronu, Widomą oświeć postacią I roztocz skrzydła nad syjońską bracią! Spod Twych skrzydeł niech wystrzeli Słonecznymi promień blaski, I kto najświętszej godniejszy łaski Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli; A padniem na twarz, syny człowieka, Temu, nad kim spoczywa Twych skrzydeł opieka. Synu Zbawicielu! Skinieniem wszechmocnej ręki Naznacz, kto z wielu Najgodniejszy słynąć Świętym znakiem Twojej męki, Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu Twej wiary I przed oczyma pogaństwa rozwinąć Królestwa Twego sztandary; A syn ziemi niech czoło i serce uniża Przed tym, na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża.
* * *
Po modłach wyszli. Arcykomtur zlecił, Spocząwszy nieco powracać do choru I znowu błagać, aby Bóg oświecił Kapłanów, braci i mężów obioru.
Wyszli nocnymi orzeźwić się chłody: Jedni zasiedli zamkowy krużganek, Drudzy przechodzą gaje i ogrody. Noc była cicha, majowej pogody; Z dala niepewny wyglądał poranek; Księżyc obiegłszy błonie safirowe Z odmiennym licem, z różnym blaskiem w oku, Drzemiąc to w ciemnym, to w srebrnym obłoku, Zniżał swą cichą i samotną głowę; Jak dumający w pustyni kochanek, Obiegłszy myślą całe życia koło, Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia, To łzy wylewa, to spójrzy wesoło, Wreście ku piersiom zmordowane czoło Skłania - i wpada w letarg zamyślenia.
Przechadzką inni bawią się rycerze. Lecz Arcykomtur chwil darmo nie traci, Zaraz Halbana i celniejszych braci Wzywa do siebie i na stronę bierze, Aby z daleka od ciekawej rzeszy Zasięgnąć rady, udzielić przestrogi. Wychodzi z zamku, na równiną śpieszy; Tak rozmawiając, nie pilnując drogi, Błądzili kilka godzin w okolicy, Blisko spokojnych jeziora wybrzeży. Już ranek, pora wracać do stolicy. Stają - głos jakiś - skąd? - z narożnej wieży: Słuchają pilnie - to głos pustelnicy. W tej wieży dawno, przed laty dziesięciu, Jakaś nieznana, pobożna niewiasta, Z dala przybywszy do Maryi-miasta- Czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu, Czy skażonego sumienia wyrzuty Pragnąc ukoić balsamem pokuty, Pustelniczego szukała ukrycia I tu znalazła grobowiec za życia.
Długo nie chcieli zezwalać kapłani, Wreszcie stałością prośby przełamani Dali jej w wieży samotne schronienie. I.edwie stanęła za święconym progiem, Na próg zwalono cegły i kamienie, Została sama z myślami i Bogiem; I bramę, co ją od żyjących dzieli, Chyba w dzień sądny odemkną anieli.
U góry małe okienko i krata, Kędy pobożny lud słał pożywienie, A niebo - wietrzyk i dzienne promienie. Biedna grzesznico, czyż nienawiść świata Do tyla umysł skołatała młody, Że się obawiasz słońca i pogody?- Zaledwie w swoim zamknęła się grobie, Nikt jej nie widział przy okienku wieży Przyjmować w usta wiatru oddech świeży, Oglądać niebo w pogodnej ozdobie I miłe kwiaty na ziemnym obszarze, I stokroć milsze swoich bliźnich twarze.
Wiedziano tylko, że jest dotąd w życiu; Bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma, Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu, Jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma; Dźwięk to zapewne pobożnej piosenki. I z pruskich wiosek gdy zebrane dzieci Igrają w wieczór u bliskiej dąbrowy, Natenczas z okna cóś białego świeci, Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki: Czy to jej włosa pukiel bursztynowy, Czyli to połysk drobnej, śnieżnej ręki, Błogosławiącej niewiniątek głowy? Komtur, tamtędy obróciwszy kroki, Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał: "Tyś Konrad, przebóg! spełnione wyroki, Ty masz być mistrzem, abyś ich zabijał! Czyż nie poznają? - ukrywasz daremnie, Chociażbyś, jak wąż, inne przybrał ciało, Jeszcze by w twojej duszy pozostało Wiele dawnego - wszak zostało we mnie! Chociażbyś wrócił, po twoim pogrzebie Jeszcze Krzyżacy poznaliby ciebie". Słucha rycerstwo - to głos pustelnicy, Spojrzą na kratę, zda się pochylona, Zda się ku ziemi wyciągać ramiona, Do kogoż? - Pusto w całej okolicy. Z daleka tylko jakiś blask uderza, Na kształt płomyka stalowej przyłbicy, I cień na ziemi - czy to płaszcz rycerza? Już znikło - pewnie złudzenie źrenicy, Pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany, Po ziemi ranne przemknęły tumany.
"Bracia!- rzekł Halban - dziękujmy niebiosom, Pewnie wyroki niebios nas przywiodły, Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom. Czy słyszeliście? - Wieszczba o Konradzie, Konrad dzielnego imię Wallenroda. Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda, Słowo rycerskie: na jutrzejszej radzie On mistrzem naszym! " - "Zgoda - krzykną - zgoda!"
I poszli krzycząc; długo po dolinie Odgłos tryumfu i radości bije: "Konrad niech żyje, Wielki Mistrz niech żyje! Niech żyje Zakon! niech pogaństwo zginie!"
Halban pozostał mocno zamyślony, Na wołających okiem wzgardy rzucił, Spójrzał ku wieży i cichymi tony Taką piosenkę odchodząc zanucił:
[PIEŚŃ]
Wilija, naszych strumieni rodzica, Dno ma złociste i niebieskie lica; Piękna Litwinka, co jej czerpa wody, Czystsze ma serce, śliczniejsze jagody.
Wilija w miłej kowieńskiej dolinie Śród tulipanów i narcyzów płynie; U nóg Litwinki kwiat naszych młodzianów, Od róż kraśniejszy i od tulipanów. Wilija gardzi doliny kwiatami, Bo szuka Niemna, swego oblubieńca; Litwince nudno między Litwinami, Bo ukochała cudzego młodzieńca.
Niemen w gwałtowne pochwyci ramiona, Niesie na skały i dzikie przestworza, Tuli kochankę do zimnego łona, I giną razem w głębokościach morza.
I ciebie równie przychodzień oddali Z ojczystych dolin, o Litwinko biedna! I ty utoniesz w zapomnienia fali, Ale smutniejsza, ale sama jedna.
Serce i potok ostrzegać daremnie, Dziewica kocha i Wilija bieży; Wilija znikła w ukochanym Niemnie, Dziewica płacze w pustelniczej wieży.
|